sobota, 15 marca 2014

Mam czas - tydzień 1

Koleżanka z bloga 280 dni zaproponowała jakiś czas temu pewien projekt. Nazwała go Mam czas, a ja chciałabym w jej imieniu zaprosić wszystkie czytające mój blog mamy. Bo do nich jest skierowana ta inicjatywa. 
Na czym polega? W wielkim skrócie chodzi o to, aby zadbać o swój wygląd i samopoczucie. Wiadomo, że nasze maluszki pochłaniają niemal całą naszą uwagę oraz energię i często nie mamy czasu na wyjście do kosmetyczki czy po prostu umyć włosy. Projekt ma na celu przypomnienie, że bycie mamą nie wyklucza kobiecości i poczucia piękna, a to wszystko zależy od nas. No i osób nam bliskich (partnera, rodziny, przyjaciół). Do wykonania zadań będzie nam potrzebna pomoc innych - a dla nas to będzie godzinka czy dwie czasu tylko dla nas. Pamiętacie jeszcze jak to jest? Więcej o pomyśle Kasi znajdziecie tutaj.

A poniżej moja krótka relacja z pierwszego tygodnia, który zakładał, żeby wyjść na zakupy i sprawić sobie jakiś drobiazg oraz przejść się do kawiarni, na spacer z książką lub psem. Bez urwisa, który w tym czasie grzecznie spędza czas z tatą, dziadkami, ciotkami, wujkami itd. 

Muszę przyznać, że nie przepadam za zostawianiem Gałganka. Jakoś zauważyłam, że nie mam potrzeby wychodzenia gdzieś samej, a za zakupami nie przepadam. To znaczy lubię kupować sobie różne rzeczy, ale nie przepadam za tymi tłumami w sklepach i kolejkami do przymierzalni. Na spotkania ze znajomymi chętnie zabieram synka i wcale mi on nie przeszkadza w relacjach towarzyskich. 

Chciałam wywinąć się z tego zadania już w trakcie tygodnia. Wpadłam do sklepu Diverse i kupiłam nowe okulary (poprzednie dwie pary mąż bardzo zgrabnie połamał swoją pupą). Niestety, mam w domu strażnika, który podsumował, że to się wcale nie liczy, bo w sklepie w wyborze pomagał mi Gałganek. 

W ten sposób w dzisiejszy deszczowy, wietrzny i zimny poranek zostawiłam moich panów w domu, a sama wsiadłam w samochód i wybrałam się do najbliższego skupiska sklepów. Ludzi było już sporo, bo w końcu sobota, więc jeszcze na samym parkingu zastanawiałam się, czy nie zawrócić do domu. Szybko jednak znalazło się miejsce, więc nie było odwrotu. I nie żałuję, bo kupiłam śmieszne spodnie w rozmiarze S (całe 20zł), krem do rąk i pilnik do stóp. Do tego zgrane na ipoda Służące odcięły mnie od huczącej muzyki sklepowej. Dwie godzinki sam na sam ze sobą i ten rozmiar S poprawiły mi humor, naładowały akumulatory i z szerokim uśmiechem wróciłam do domu, aby przytulić moich mężczyzn.

Poniżej moje łupy:


8 komentarzy:

  1. Zdecydowanie dla eSki było warto! :D Super! Miłego kolejnego tygodnia... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Elastyczne spodnie w rozmiarze S nie liczą się sa sa sa sa sa !!! :) Kiss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. elastyczne czy nie, po ciąży cieszy S na metce:)

      Usuń
  3. Nominowałam Cię do Liebster Blog Award.
    Szczegóły na http://mama-w-wiatrakowie.blogspot.nl/2014/03/nominacja-blog-liebester-awards.html

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, audiobooki też uznam oczywiście - żebyś tylko skrobnęła coś na temat tej książki/audiobooka i podesłała mi w zgłoszeniu z linkiem. Pozdrawiam i zapraszam do dołączenia do Czytam literaturę amerykańską.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oh jak ja zazdroszczę tej S-ki. U mnie nawet w czasach wychudzenia (oj było i tak) najmniejszy rozmiar to M ;-) Zakupy poprawiają mi bardzo nastrój, ale niestety brakuje często czasu i środków na koncie (bliźniaki pochłaniają wsio bez reszty hehe). Pozdrawiamy :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś o tych środkach na koncie wiem. :) Dlatego moje zakupy od ponad 8 miesięcy to okulary, te leginsy i spodnie dresowe :) bo już wszystkie pozostałe spodnie ze mnie spadają. ale ciągle karmię piersią więc pewnie dlatego ta waga tak zleciała.

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoimi przemyśleniami na temat wpisu. Dziękuję za komentarz:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...