Mam czas - tydzień 1

Koleżanka z bloga 280 dni zaproponowała jakiś czas temu pewien projekt. Nazwała go Mam czas, a ja chciałabym w jej imieniu zaprosić wszystkie czytające mój blog mamy. Bo do nich jest skierowana ta inicjatywa. 
Na czym polega? W wielkim skrócie chodzi o to, aby zadbać o swój wygląd i samopoczucie. Wiadomo, że nasze maluszki pochłaniają niemal całą naszą uwagę oraz energię i często nie mamy czasu na wyjście do kosmetyczki czy po prostu umyć włosy. Projekt ma na celu przypomnienie, że bycie mamą nie wyklucza kobiecości i poczucia piękna, a to wszystko zależy od nas. No i osób nam bliskich (partnera, rodziny, przyjaciół). Do wykonania zadań będzie nam potrzebna pomoc innych - a dla nas to będzie godzinka czy dwie czasu tylko dla nas. Pamiętacie jeszcze jak to jest? Więcej o pomyśle Kasi znajdziecie tutaj.

A poniżej moja krótka relacja z pierwszego tygodnia, który zakładał, żeby wyjść na zakupy i sprawić sobie jakiś drobiazg oraz przejść się do kawiarni, na spacer z książką lub psem. Bez urwisa, który w tym czasie grzecznie spędza czas z tatą, dziadkami, ciotkami, wujkami itd. 

Muszę przyznać, że nie przepadam za zostawianiem Gałganka. Jakoś zauważyłam, że nie mam potrzeby wychodzenia gdzieś samej, a za zakupami nie przepadam. To znaczy lubię kupować sobie różne rzeczy, ale nie przepadam za tymi tłumami w sklepach i kolejkami do przymierzalni. Na spotkania ze znajomymi chętnie zabieram synka i wcale mi on nie przeszkadza w relacjach towarzyskich. 

Chciałam wywinąć się z tego zadania już w trakcie tygodnia. Wpadłam do sklepu Diverse i kupiłam nowe okulary (poprzednie dwie pary mąż bardzo zgrabnie połamał swoją pupą). Niestety, mam w domu strażnika, który podsumował, że to się wcale nie liczy, bo w sklepie w wyborze pomagał mi Gałganek. 

W ten sposób w dzisiejszy deszczowy, wietrzny i zimny poranek zostawiłam moich panów w domu, a sama wsiadłam w samochód i wybrałam się do najbliższego skupiska sklepów. Ludzi było już sporo, bo w końcu sobota, więc jeszcze na samym parkingu zastanawiałam się, czy nie zawrócić do domu. Szybko jednak znalazło się miejsce, więc nie było odwrotu. I nie żałuję, bo kupiłam śmieszne spodnie w rozmiarze S (całe 20zł), krem do rąk i pilnik do stóp. Do tego zgrane na ipoda Służące odcięły mnie od huczącej muzyki sklepowej. Dwie godzinki sam na sam ze sobą i ten rozmiar S poprawiły mi humor, naładowały akumulatory i z szerokim uśmiechem wróciłam do domu, aby przytulić moich mężczyzn.

Poniżej moje łupy:


Komentarze

  1. Zdecydowanie dla eSki było warto! :D Super! Miłego kolejnego tygodnia... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Elastyczne spodnie w rozmiarze S nie liczą się sa sa sa sa sa !!! :) Kiss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. elastyczne czy nie, po ciąży cieszy S na metce:)

      Usuń
  3. Nominowałam Cię do Liebster Blog Award.
    Szczegóły na http://mama-w-wiatrakowie.blogspot.nl/2014/03/nominacja-blog-liebester-awards.html

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, audiobooki też uznam oczywiście - żebyś tylko skrobnęła coś na temat tej książki/audiobooka i podesłała mi w zgłoszeniu z linkiem. Pozdrawiam i zapraszam do dołączenia do Czytam literaturę amerykańską.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oh jak ja zazdroszczę tej S-ki. U mnie nawet w czasach wychudzenia (oj było i tak) najmniejszy rozmiar to M ;-) Zakupy poprawiają mi bardzo nastrój, ale niestety brakuje często czasu i środków na koncie (bliźniaki pochłaniają wsio bez reszty hehe). Pozdrawiamy :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś o tych środkach na koncie wiem. :) Dlatego moje zakupy od ponad 8 miesięcy to okulary, te leginsy i spodnie dresowe :) bo już wszystkie pozostałe spodnie ze mnie spadają. ale ciągle karmię piersią więc pewnie dlatego ta waga tak zleciała.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Podziel się swoimi przemyśleniami na temat wpisu. Dziękuję za komentarz:)