wtorek, 29 lipca 2014

Marzenia są po to, aby je spełniać.

Marzenia są po to, aby je spełniać, nawet jeśli ich realizacja jest możliwa dopiero po 20 latach. 

Dzisiejszy wpis będzie zupełnie inny niż te, które czytaliście do tej pory na blogu, bo trochę ciężko mi się powstrzymać od jego napisania. W niedzielę, 27 lipca 2014, spełniło się moje nastoletnie marzenie: byłam na koncercie Backstreet Boys. Pamiętacie ich jeszcze? Tak, oni dalej ze sobą graja. Ba! Przez 21 lat istnienia zespołu mieli zaledwie kilkuletnią przerwę. Szok, co? 


Autor: Marzena Mielewczyk

Moje zaskoczenie też było spore, kiedy trzy lata temu, kupując bilety na Pearl Jam w Berlinie, na stronie, gdzie dokonywałam transakcji zobaczyłam zapowiedź koncertu Backstreet Boys. Zażartowałam do męża, że jako fanka, może powinnam się wybrać też i na to wydarzenia. Ale wiadomo, kasa, odległość - a i miłość moja do nich dawno wygasła. Odpuściłam i zapomniałam.

Na początku tego roku dotarła do mnie wiadomość, że zespół będzie grać w Polsce. Warszawa. Daleko, a i Gałganek wtedy był malutki, więc stwierdziłam, że nie warto. Dwa miesięce temu okazało się, że tak się chłopakom w naszym kraju spodobało, że postanowili wrócić i zagrają w Ergo Arenie w Sopocie. 

Mąż podchwycił moje żarty o przeznaczeniu (przecież bliżej już przyjechać nie mogli) i razem z moimi rodzicami zakupili bilet na koncert BSB. Był to wczesny prezent imieninowy, a jako że dzisiaj właśnie te imieniny obchodzę, to i wpis na ten temat właśnie teraz.



Zastanawiam się, ile z was będzie mocno zaskoczona tym wpisem. Bo przecież, to trochę wstyd, w moim wieku wybierać się na koncert popowego boysbandu popularnego w latach dziewięćdziesiątych. Poza tym, to czego słucham obecnie, bardzo mocno odbiega od rytmów piosenek Quit playing games with my heart czy Everybody. Ale co tam. 

Otrzymany od męża bilet odebrałam jako formę żartu i z takim też nastawieniem pojechałam na koncert. W końcu Backstreet Boys to obecnie panowie dobrze po trzydziestce (sprawdziłam, najmłodszy Nick ma 33 lata, a najstarszy w zespole Kevin ma 43). Nie byłam zaskoczona, kiedy na hali okazało się, że średnia wieku fanek odpowiada moim krzyżykom i kreskom w dowodzie. Wokół tematem rozmów były sprawy firmowe, małe dzieci, które zostały w domach i oczywiście, jak będzie wyglądać show.

To ostatnie pytanie mnie również mocno nurtowało. Co zagrają? Jak to będzie wyglądać? Czy będą tańczyć według układów, jak to było kiedyś? Co do samego śpiewania, to za dużych oczekiwań nie miałam. Śpiewać na żywo pewnie za dobrze nie potrafią i będzie playback. Nawet sobie nie przypomniałam repertuaru, bo nie miałam kiedy. Generalnie moje nastawienie wyglądało tak: Będzie zabawnie, śmiesznie. Przecież tego koncertu poważnie potraktować nie można.

Światła zgasły, scena, przypominająca teatralną, pusta. Nadeszła godzina 20. i jednocześnie godzina prawdy. Rozległa się muzyka, chłopaki wyskoczyli na scenę i zaczęli śpiewać jeden ze swoich przebojów. Moje pierwsze wrażenia? Zaczęłam się śmiać, bo oto mając tyle lat ile mam, jestem na koncercie boysbandu, o czym marzyłam jakieś piętnaście, dwadzieścia lat temu. Oni też o tyle lat starsi. Wydało mi się to wszystko trochę absurdalne. 

Liczyłam, że po pierwszej piosence przywitają się i będą grać dalej. Myliłam się i poczułam rozczarowanie, a jednocześnie potwierdzenie, że powinnam nadal traktować moją obecność na Ergo i cały koncert jako żart. Chłopaki przywitali się po trzeciej piosence, a potem zagrali Incomplete, przy której aż mnie ciary przeszły.

Od tego momentu było coraz lepiej i lepiej. Backstreet Boys doskonale zdają sobie sprawę z upływu czasu, nie udają młodszych i mają dystans do siebie. Potrafią być bardzo zabawni i widać, że świetnie się ze sobą i publicznością bawią. Oprócz starych przebojów, wykonali kilka kawałków z nowej pływy In the world like this, które zadziwiająco wpadły mi w ucho. Śpiewają na żywo całkiem nieźle, wbrew temu, co myślałam. Były układy choreograficzne, które wyglądały dość zabawnie, ale to przecież wpisane jest w boysband. Scena minimalistyczna, czarna, bez żadnych ozdób, po dwóch stronach ciemne zasłony imitujące kurtyny. Panowie zaskoczyli instrumentalnym wykonaniem kilku piosenek. Stworzyli genialną atmosferę.

Spędziłam niesamowite dwie godziny. Bawiłam się rewelacyjnie i dostałam taki zastrzyk energii, że aż słów brakuje, aby to opisać. Mąż ma mnie już dość, bo chodzę i mówię, jak to było super i jak bardzo trafiony był to prezent. 

Ten koncert tylko potwierdza fakt, że warto dążyć do spełniania swoich marzeń, nawet tych nastoletnich i odległych. To daje tyle radości i satysfakcji, że człowiek od razu dostaje dodatkowych sił do walki z codziennymi przeciwnościami. A marzenia nigdy się nie skończą, bo na miejsce tego zrealizowanego, już wskakuje kilka nowych.

A jakie jest wasze najciekawsze, najbardziej zaskakujące marzenie, które udało się zrealizować? Albo które czeka na swój czas?





piątek, 25 lipca 2014

Czytając emocje - Tak sobie poznaję

Mija miesiąc z kolejnym tematem projektu Tak sobie poznaję. Tym razem największą uwagę należało poświęcić emocjom malucha. 

To, w jaki sposób kontaktujemy się z dzieckiem, które jeszcze nie mówi, jest w dużej mierze zależne od jego wieku i od naszego podejścia. Pamiętam, jak Gałganek się urodził to znał tylko jeden sposób przekazywania nam informacji i był to płacz. Ten płacz mógł oznaczać głód, zmęczenie lub ból. W jego interpretacji pomogła mi książka Tracy Hogg Język niemowląt, ale też wsłuchiwanie się i obserwacja synka. Nie było to łatwe, jednak praktyka czyni mistrza. 

W lipcu Igi skończył rok (o czym pisałam TUTAJ). Jego charakter kształtuje się już od jakiegoś czasu, więc coraz wyraźniej i ekspresywniej wyraża swoje emocje. 

Najbardziej lubię słuchać, jak śmieje się w głos. Co go wywołuje? Przede wszystkim łaskotanie, podrzuty taty, miny i dźwięki, które my rodzice wydajemy, żeby rozbawić malucha.

Są też okrzyki radości na widok rzeczy, którą bardzo lubi. Ostatnio na topie są nadal psy, samoloty, a także duże samochody, czyli ciężarówki, koparki, autobusy i dźwigi (na szczęście na osiedlu trwa budowa, więc mamy atrakcji pod dostatkiem). Tak samo się cieszy, kiedy dostrzega wracającego z pracy tatę. 

Bardzo dużo czasu spędzamy poza domem. Spacerujemy, zwiedzamy, chodzimy wzdłuż najbardziej ruchliwych ulic, a czasami idziemy na zakupy. Wszędzie spotykamy różnych ludzi, którzy często zaczepiają Gałganka. A on, przeważnie chętnie się do nich uśmiecha. Kilka razy już na blogu pisałam, że Igi jest pogodnym dzieckiem i często jest uśmiechnięty.

Bywają jednak momenty, że nowych twarzy jest za dużo i od razy widać, kiedy synek czuje się niepewnie. Szuka wtedy wzrokiem mnie lub taty, intensywnie się w nas wpatruje (jeśli jesteśmy oddaleni) lub podchodzi do nas i się przytula. Lekko marszczy przy tym nosek. 

Czasami zdarzy się, że osoby lub przedmioty wydają nagłe, dziwne dla niego dźwięki, wtedy od razu reakcją jest strach i charakterystyczny płacz. Gałganek najlepiej wtedy czuje się w naszych ramionach, ale jednocześnie obserwuje kogoś/coś, co go przestraszyło. W naszym domu rzadko podnosimy głos na siebie, na małego nie krzyczymy, lecz tłumaczymy stanowczym tonem jeśli coś przeskrobie. Możliwe, że z tego powodu wydaje się, że zbyt przesadnie reaguje na pewne nowe dźwięki. Staram się jednak pamiętać o tym, że on dopiero poznaje świat, również ten dźwiękowy. Opowiadam mu o tym, co słyszy, a co sprawia, że się boi. Czasami wymyślamy jakąś zabawę z tym dźwiękiem. W ten sposób często udaje nam się oswoić pewne odgłosy.



Jak już wspomniałam, u Igiego kształtuje się charakter i bywa uparty. Potrafi bardzo zdecydowanie krzykiem pokazać, że nie podoba mu się, że na coś mu nie pozwalamy. Są to stresujące momenty, bo czasami zakrawa to o lekką histerię. Potrafi też ze złości uderzać główką o podłogę. Z tym chyba najtrudniej nam sobie poradzić. Jednak my też konsekwentnie obstajemy przy tym, że czegoś nie wolno i jednocześnie tłumaczymy dlaczego. Dzięki temu, mam wrażenie, że od jakiegoś czasu takie zachowania zdarzają się rzadziej i są krótsze.

Gałganek jest już na tyle duży, że jeśli coś chce, to potrafi wskazać na to paluszkiem i wydaje przy tym dźwięk "YYY" lub mówi "Di" (Daj). Jest to bardzo stanowcze i zwykle oznacza, że chce już, teraz. Czasami brakuje mu cierpliwości przy układaniu klocków lub puzzli i rzuca zabawkami. Wtedy najskuteczniejszą metodą jest dołączenie do dziecka i delikatna pomoc w zabawie. Siadam obok niego na podłodze i pokazuje, jak łatwiej będzie mu ułożyć i mówię, że nie trzeba się złościć, tylko próbować, bo na pewno się uda.



Zmęczenie również odbija się na twarzy Igiego. Do tego bierze mnie za rękę i prowadzi do sypialni, co tylko potwierdza fakt, że czas na drzemkę. 

Moim zdaniem kluczem do rozgryzienia emocji dziecka jest jego wnikliwa obserwacja. Przynajmniej u nas się sprawdza. A jak z samym kształtowaniem emocjonalnym? Wiele zależy od tego, z jakim nastawieniem podchodzimy do malucha. Zawsze staram się podchodzić pogodna i uśmiechnięta. Wiadomo, nie zawsze się tak da. Wtedy mówię Gałgankowi, że jestem np. smutna, bo coś się stało i proszę, aby mnie przytulił, bo przytulasek jest smutnej osobie bardzo potrzebny. 

Gałganek czasami bywa zamyślony i poważny. Zawsze zastanawiam się, nad czym mój synek w tym momencie się zastanawia. Co siedzi w jego główce?



Staram się kierować intuicją. Czy robię dobrze, czy źle, to pewnie okaże się za wiele lat, kiedy moje dziecko będzie dorosłe. A póki co obserwuję i uczę się.


środa, 23 lipca 2014

Wędrowiec cmentarny Gustaw Herling-Grudziński

Wędrowiec cmentarny to opowiadanie wydane już po śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Jego rękopis znaleziony został w marcu 2002 roku przez Zbigniewa Kudelskiego i Lidię Croce-Herling. Prawdopodobnie miał być częścią rozpoczynającą zaplanowany przez autora cykl. Niestety, innych opowiadań nie odnaleziono. Możliwe, że Grudziński nie zdążył ich napisać.

Wydawnictwo Literackie

poniedziałek, 21 lipca 2014

W innym czasie, w innym życiu Leif GW Persson

W innym czasie, w innym życiu to drugi tom trylogii policyjnej Leifa GW Perssona.  Książka rozpoczyna się od ataku na niemiecką ambasadę w Sztokholmie w 1975 roku. Następnie przeskakujemy do 1989 roku do morderstwa – tajemniczego zasztyletowania obywatela szwedzkiego w jego własnym domu.

Wydawnictwo Czarna Owca

niedziela, 20 lipca 2014

Co natura dała - Samo Się

Za nami dwa a nawet trzy intensywne tygodnie. Gałganek skończył rok, więc przygotowaliśmy małemu jubilatowi aż dwie imprezy. Do tego pogoda nas rozpieszczała i bardzo dużo czasu spędzaliśmy na dworze.


A skoro na dworze to i korzystaliśmy z darów natury. Tym razem jednak żadnych zdjęć nie będzie, ponieważ Gałganek jest na tyle szybki, że często nie zdążyłam uchwycić jego wyczynów, a czasami po prostu nie pomyślałam o tym, aby zrobić zdjęcie, bo sama aktywnie uczestniczyłam w jego zabawach. 


Także nasza relacja z zadania Co natura dała będzie opisowa. Co wy na to? Pewnie część z was jest najzwyczajniej w świecie rozczarowana, ale co zrobić. Będziecie musieli tym razem przeżyć.

1. Ogródkowe roboty - piękna pogoda sprzyja rozrostowi chwastów, wzięłam się więc za porządki. Igi dzielnie mnie wspomagał i przenosił wyrwane roślinki w jedno miejsce. Układał je na kupkę.

2. Kamyki - jeszcze do niedawna wyjście do piaskownicy łączyło się z próbą zjadania kamieni. Na szczęście udało się Gałganka przekonać, że to nienajlepsza przekąska. Teraz ćwiczy się w wybieraniu małych kamyczków i układanie ich na ławce, na brzegu piaskownicy, czy na siedzeniu huśtawki. 

3. Piasek - Igi babek lepić jeszcze nie umie, łopatką też średnio się posługuje, ale uczy się za to usypywać kopczyki z piasku. Przesypywanie go z miejsca na miejsce sprawia mu wiele radości.

4. Przeszkody - Gałganek bardzo chętnie pokonuje/wspina się na wszelkiego rodzaju konary, kamienie, górki, które znajdują się na jego drodze. Robi to często samodzielnie, a czasami prosi o pomoc tatę lub mnie. 

5. Liście - często na spacerach urywamy listki z drzew czy krzewów. Pokazuję Igorowi, że nie wszystkie są takie same, mają inne kształty, fakturę i kolory. Chociaż to ostatnie najlepiej będzie widać jesienią.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Między tęsknotą lata, a chłodem zimy Leif GW Persson

Między tęsknotą lata, a chłodem zimy to pierwszy tom trylogii policyjnej.  Jednym z głównych bohaterów jest Lars Martin Johanson, którego miałam już okazję poznać  w Umierającym detektywie. Tym razem tego zdolnego policjanta spotykam dwadzieścia pięć lat wcześniej. Przypadkowo zostaje on bowiem wmieszany w śledztwo dotyczące amerykańskiego dziennikarza Krassnera.


Wszystkie dowody wskazują, że Amerykanin sam z nieznanego powodu wyskoczył przez okno akademika w Sztokholmie. Mieszkał tam przez jakiś czas, zbierając materiały do nowej książki. Kiedy dochodzi do wypadku zgłoszenie przyjmują Evert Backstrom i Goran Wiijnbladh, co nie wróży niczego dobrego. W międzyczasie sprawą zaczyna interesować się również przyjaciel Johansona Bo Jarnebring. W ten sposób Lars dowiaduje się o samobójstwie i o związanych z nim szczegółach.

Niedługo potem wyjeżdża służbowo do Stanów Zjednoczonych i postawia zebrać trochę materiałów na temat Krassnera w miejscu, gdzie ten mieszkał. Równolegle śledztwo jest obserwowane przez Wewnętrzne Służby Bezpieczeństwa Szwecji.

Chociaż z sympatią czytałam o poczynaniach genialnego Larsa, to jednak moim zdaniem akcja się trochę ciągnęła. Z tego powodu zastanawiałam się, w jaki sposób Leif GW Persson skonstruował całą trylogię. Jeśli  wszystko ma się łączyć w całość, to pierwszy tom można potraktować jako długie rozwinięcie i wstęp do tego, co wydarzy się potem.  I mam nadzieję, że tak właśnie jest. 

środa, 9 lipca 2014

To już rok! 12 miesięcy Gałganka

Dwanaście miesięcy temu o 6.30 po ekspresowym porodzie położna położyła na moim brzuchu małego chłopczyka. Byłam wzruszona. Mąż, który był ze mną również. Igi ważył 3570g i miał 56cm, a mimo to był małym okruszkiem, małym Gałgankiem. 



Jeszcze dziewięć miesięcy przed tym momentem nie miałam zielonego pojęcia, co to znaczy instynkt macierzyński. Dzieci zawsze lubiłam, ale nie wywoływały we mnie tego specyficznego uczucia, że też chce się mieć swoje. Wszystko się zmieniło, ale nie w dniu, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście, tylko kiedy po raz pierwszy poczułam ruchy. To wtedy dotarło do mnie, że w środku noszę małego Bąbla (ciekawe czy będzie lubił koszykówkę, bo kopnął po raz pierwszy na meczu Anwilu?). Potem brzuszek robił się coraz większy, a maluszek coraz częściej dawał o sobie znać kopaniem. I tak powolutku budowała się między nami więź, która będzie nas łączyć aż do śmierci.


Autor: Łukasz Tokarski

Dzisiaj Igi zakończył etap niemowlęcy, a wkroczył w okres dziecięcy. Mam nadzieję, że będzie on dla niego radosny i pełen nowych, pozytywnych przygód. Dwanaście miesięcy jego życia minęły mi bardzo szybko. W tym czasie nauczyłam się wielu nowych rzeczy, doświadczyłam nowych uczuć, poznałam lepiej siebie, męża. Każdego dnia uczyłam się też mojego dziecka. To był okres intensywnego rozwoju Igora i bardzo się cieszę, że ten czas mogłam mu w całości poświęcić. Obserwowanie tego jak rośnie, jak poznaje świat i nabywa nowych umiejętności jest niesamowitym uczuciem, którego nie potrafię dobrze opisać. A do tego ta przeogromna miłość, wszechogarniająca i bez granic, która człowieka dopada nagle, a która wcześniej jest abstrakcyjna.



Igi jest bardzo żywym i ruchliwym dzieckiem. Do tego jest pogodny i dużo się uśmiecha. Świat dookoła bardzo go interesuje i przez to nie ma czasu, aby na chwilę się zatrzymać. Ciągle gdzieś pędzi. A od prawie dwóch tygodni ćwiczy samodzielne chodzenie. Trenuje również schylanie się po zabawkę ze stania tak, aby nie upaść na pupę, ale podnieść się od razu do pozycji stojącej.


Autor: Łukasz Tokarski




Uwielbia zwierzęta, samoloty i wielkie auta (koparki, ciężarówki, autobusy), inne dzieci, piaskownicę i wodę (basen i kąpiele w wannie). Z bajek w telewizji najbardziej lubi rybkę, która znajduje się w logo kanału MiniMini. Podrzuty i wygłupy z tatą. Najchętniej bawi się książeczkami, klamerkami, klockami duplo (świetnie radzi sobie z rozdzielaniem klocków, czasami uda mu się coś złożyć), gumowymi klockami, z których buduje wieże i autkiem na pilota (od jakiegoś czasu sam obsługuje). Toczy po podłodze wszystko, co się da, a nakładanie nakrętek dalej sprawia mu wiele radości.

 

Gałganek jak tylko obudzi się rano i podniesiemy rolety do góry, pokazuje paluszkiem na okno i mówi "dzici" (dzieci), potem przynosi swoje buciki i kurtkę (lub ciężarówkę zabawkę), co oznacza, że chce iść na podwórko do piaskownicy do dzieci. Na zegar mówi "ti-ta", jak chce, aby coś mu podać to słyszymy "di". Jak coś nam podaje to też często jest "di", ale też "disz" ("masz"). Wreszcie na pytanie, gdzie jest mama, potrafi wskazać na mnie. Tatę, babcię, wujka pokazywał już wcześniej. Coraz więcej przedmiotów rozpoznaje i cały czas gada coś do siebie. Ostatnio zaczął też tańczyć i podśpiewywać jak leci muzyka, która mu się spodoba.


 


Pokazuje też swój charakterek, bo potrafi się złościć, kiedy mu nie pozwolimy na coś i czasami brakuje mu cierpliwości (ale to wiemy po kim). Nie boi się nowych osób, rzadko jest zawstydzony. Potrafi bez powodu przyjść do nas i się przytulać. W nocy przeważnie budzi się raz, chyba że właśnie wychodzą zęby (ma ich już sześć). Śpi w swoim łóżeczku i dopiero nad ranem (6-7) ląduje u nas, gdzie dosypiamy do 8-9. W ciągu dnia nie ma czasu na spanie, więc drzemka jest tylko jedna ok. 40-60min. Dzisiaj Igi waży 9400g i nosi ubranka w rozmiarze 74 (powoli zmienia na 80, ale to powoli).



Igi sprawił, że nasze życie jest pełne szczęścia, miłości. Dzięki niemu tworzymy małą rodzinkę.



Autor: Łukasz Tokarski

wtorek, 8 lipca 2014

Futbol obnażony. Szpieg w szatni Premier League.

Od kilku sezonów obserwuję Premier League, czyli extra klasę piłki nożnej w Anglii, dlatego Futbol obnażony wydał mi się interesująca pozycją. Napisany przez anonimowego piłkarza. Musiał pozostać anonimowy. Aby móc zdradzić Ci wszystko - te słowa zapowiadają ekscytującą lekturę.



środa, 2 lipca 2014

Nudo, precz! - Tak sobie poznaję

Jeszcze w maju postanowiłam, że weźmiemy udział w projekcie Tak sobie poznaję organizowanym przez Joasię z Misja Macierzyństwo. Pewnie już się przyzwyczailiście, że chętnie korzystamy całą rodzinką w tego typu akcjach. 

Nudy u nas nie ma. Gałganek jest bardzo żywym i ciekawym otoczenia dzieckiem. Wszystko musi zobaczyć, dotknąć. Do tego robi się coraz bardziej mobilny, więc ja również nie nudzę się i ciągle jestem w ruchu.

Co ciekawego porabialiśmy w czerwcu?

Na początku miesiąca byliśmy z Igim u dziadków nad morzem i tam odkrywaliśmy uroki plaży i wielkiej wody. 



Po powrocie do domu postanowiłam pojechać z Igim, jego kolegą Michasiem i mamą Michasia nad Zatokę Gdańską.



Całą rodzinką wybraliśmy się na Piknik osiedlowy. Pogoda była piękna, powiedziałabym nawet, że słońce grzało aż za mocno.







Korzystając z całkiem przyzwoitej pogody pojechaliśmy do oliwskiego Zoo w Gdańsku. Gałgankowi bardzo podobały się zwierzęta, oglądał je z zainteresowaniem, a tata opowiadał o każdym różne ciekawostki. 




Pierwszy raz zaliczyliśmy też wizytę w Klubie dla dzieci i kąpiel w kulkach. Nie jest to może zbyt higieniczne, ale Igi miał taką frajdę, że spędziliśmy tam trochę czasu.



Na co dzień walczymy z nudą spotykając się z kolegami i koleżankami Igorka w piaskownicy, organizując zabawy w ogródku czy wspólnie spacerując.


Autor zdjęcia: Tata Panny Z.

Autor zdjęcia: Tata Panny Z.



Nie brakuje też codziennego czytania i oglądania książeczek, 



ćwiczeń ze wspinania, schodzenia i wchodzenia do miski,



a także zabaw z klamerkami, które można już nie tylko rozrzucać, ale wkładać z powrotem do pojemnika, a nawet układać na nim.






To w dużym skrócie o tym, co robimy z Gałgankiem, aby się nie nudzić. 




wtorek, 1 lipca 2014

Papier, kredki, nożyce - Samo Się

Rękodzieł nie potrafimy tworzyć, a na nożyczki Gałganek jest jeszcze za mały. Natomiast przygodę z kredkami opisywaliśmy już przy okazji projektu, który miał umilić czas oczekiwania na kolejną odsłonę Samo Się (TUTAJ). Teraz Igi potrafi kredkę świecową połamać, chwycić i dwa razy maznąć świadomie. Oczywiście również próbuje, czy smakują dobrze. Mamy więc w tej kwestii postęp. 



Z samym papierem idzie...hm... ciekawiej. Igor uwielbia drzeć i rozrywać każdy kawałek ręcznika papierowego, kartki, papieru toaletowego, jaki wpadnie mu w rączki. Robi to z takim zapamiętaniem, że potem z przyjemnością zbieram po nim powstałe w ten sposób skrawki.



Uwielbia czytać książeczki, o tym też niejednokrotnie pisałam na blogu. Ciągle mam nadzieję, że ta miłość zostanie mu do końca życia.



Ale coś w temacie Papier, kredki, nożyczki chyba się znajdzie. W czasie tego odcinka Samo się, wypadł Dzień Ojca. Z tej okazji, tym bardziej, że to pierwsze takie święto męża, musieliśmy z Gałgankiem coś wymyślić. 

Usadowiliśmy się w kuchni, bo tam mamy kafle na podłodze. Nalałam wody do szklanki, przygotowałam kartkę i farbki. 



Zanurzyłam pędzelek w wodzie, potem w farbce (wybranej przez Igiego) i pomalowałam mu rączkę. Bardzo mu się to podobało, pewnie też i pędzel go łaskotał. Pokazałam, jak przyłożyć pomalowaną dłoń do kartki. Zabawa trwała ok 10-15 minut aż cały przygotowany kawałek papieru pokrył się kolorowymi odciskami rączek mojego synka. A oto efekt:


Tacie tak się spodobało, że postanowił laurkę oprawić.

Wszystkie podjęte w ramach projektu Samo się wyzwania znajdziecie tutaj:
Działamy w projekcie Samo się.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...