Książka dzieciństwa: Robin Hood - Bookworm Run

Chyba nie ma takiej osoby, która w dzieciństwie nie miała swojej ulubionej książeczki, bajki. Jej lektura do tej pory może wywoływać przyjemne wspomnienia. Jesteście ciekawi, jakie książki dzieciństwa wspominają blogerzy? Dzisiaj opowie o swojej Paweł z Bookworm on the run.






Marta prowadząca blog Rudym Spojrzeniem zaprosiła mnie do wspaniałej zabawy – zachęciła mnie do powrotu do dzieciństwa, do książki, którą najchętniej czytałem. W pierwszej chwili przeraziłem się – tych książek było wiele, duże, małe, rymowane, obrazkowe i te zupełnie bez ilustracji. Którą z nich wybrać, trudne zadanie, prawda? Przecież nie wybiorę książki z serii „Poczytaj mi mamo!”.

Ale gdy zamknąłem oczy, wesoły wirujący kołowrót dziecięcych książek przyhamował, zwolnił i zatrzymał się na… „Wesołych przygodach Robin Hooda” autorstwa Howarda Pyle’a.


Nie jestem w stanie powiedzieć, w jakim wieku sięgnąłem po raz pierwszy po przygody Robin Hooda. Wiem natomiast, że tę książkę czytam raz po raz do dziś, tyle tylko, że zależnie od nastroju sięgam po odpowiedni rozdział. Jedne z nich są mroczne, ponure, kryją złowrogą tajemnicę i zło ukryte w ludzkich sercach, inne rozświetlają słonecznym blaskiem leśne łąki i polany, a czytelnik porzuca troski i dołącza do leśnego towarzystwa.

Jako mały chłopiec fascynowałem się przygodami Robina i jego wesołej kompanii. Z zapartym tchem śledziłem pojedynki na pałki, słyszałem świst celnych strzał trafiających w środek turniejowej tarczy czy też w obręb wieńca zawieszonego gdzieś w nieprzebytym gąszczu Sherwood.

Mając kilka lat więcej wgłębiałem się w opisy wspaniałych uczt czy to u Szeryfa z Nottingam, w przydrożnej gospodzie, czy też na obrusie mchu, gdzieś przy leśnym ruczaju. Wizualizowałem sobie kawały mięsiwa z kapłona, czułem zapach pasztetu i jajek przepiórczych, słyszałem bulgotanie małmazji w antałkach. Te wszystkie opisy powodowały u mnie napady wilczego głodu, stąd nieraz czytaniu towarzyszyło wesołe chrupanie płatków kukurydzianych czy też pochłanianie specjałów zwędzonych z lodówki albo z garnka pozostawionego w kuchni.

Na całe szczęście nie brałem się za wtórowanie ministrelom wyśpiewującym łzawe ballady, tego by już pewno rodzina i sąsiedzi nie zdzierżyli skazując mnie na infamię poza zasięg ich słuchu.

Z każdym kolejnym powrotem do treści książki rozumiałem więcej. Że władza niekoniecznie bywa sprawiedliwa, że stukot pałek nabijających guzy może nagle ustąpić szczękowi mieczy, które ranią i zabijają. Że podstęp bywa bronią, która pokonuje niezdobyte twierdze i jest skuteczniejsza od nieustraszonych zaciężnych hufców. Że nie ma takiej opresji, z której pomocna dłoń przyjaciela nie byłaby w stanie nas uratować.

Książka sławi krzepką, męską przyjaźń, wierność zasadom, ale nade wszystko dostarcza rozrywkę najwyższych lotów. Barwne przygody, wspaniali bohaterowie,  radość towarzysząca leśnemu życiu ubogaciły skutecznie moje osiedlowe dzieciństwo. 

Gdy zamykam oczy widzę charakterystyczne barwne ilustracje kolejnych rozdziałów, Robin Hooda przebranego za pstrokatego żebraka, widzę Małego Johna przebranego za bosonogiego mnicha czy też wesołą leśną kompanię strzelającą przed królową Eleonorą na Polach Finsbury.

Dziś mój dziesięcioletni syn zobaczył tę książkę leżącą na klawiaturze komputera. Może i jego Howard Pyle przeniesie do krainy Sherwood?


Komentarze

Instagram