środa, 8 marca 2017

Mały książę - Książka dzieciństwa

Książka dzieciństwa to cykl wpisów gościnnych, do którego zaprosiłam innych blogerów. Być może część z nich znacie, być może to będzie okazja, aby poznać nowe, interesujące blogi.Dzisiaj o swojej lekturze z dzieciństwa opowie Monika z Konfabula.pl Zapraszam!

ulubiona lektura z dzieciństwa ulubiona książka z dzieciństwa książka dzieciństwa


Jako dziecko bardzo szybko nauczyłam się czytać. Idąc do zerówki, a miałam wtedy 5 lat, doskonale radziłam sobie ze składaniem wyrazów i zdań. Jednak nie wpłynęło to na miłość do pierwszych lektur szkolnych. Tak naprawdę nie pamiętam nic sprzed mojej znienawidzonej i nad wyraz opasłej jak dla kilkulatka książki „Dzieci z Bullerbyn”. Nie pamiętam z niej nic – poza stękaniem przy każdej przeczytanej stronie. Pochłoniecie jej zajęło mi chyba pół roku.

Ale powoli moja natura czytelnicza zaczęła ewoluować i tak w moim życiu młodzieńczym mogę spokojnie wyróżnić kilka faz:

1.                  faza baśniowa
Tu prym wiodły bajki braci Grimm, Andersena (ach, te rysunki Szancera!), Puszkina. Kilkanaście razy pochłonęłam zbór bajek pt. „Bajarka opowiada” Niklewiczowej i „Baśnie polskie” Wójcickiego. Miło wspominam także piękne także wizualnie wydanie „Baśnie z dalekich mórz i oceanów”. Do dziś czytam wszelkie baśnie i bajki, których jeszcze nie znam, szczególnie własnym dzieciom.

2.                  faza mitologiczno-biblijna
„Biblię w obrazkach dla najmłodszych” czytywała mi mama od kiedy pamiętam. Kiedy zaczęłam czytać już sama jednym tchem pochłonęłam serię książek „Wierni przyjaciele”. A że niedaleko ulubionych mi bajek leżą mity – szczególnie te greckie i rzymskie, także one bardzo mi się spodobały.

3.                  faza zoologiczna
Kiedy znudziły mi się krótkie formy sięgnęłam po nowelki i powieści. Najlepiej wspominam „Naszą szkapę” Konopnickiej i „Anielkę” Prusa. Wszystko to przez zwierzęta. Płakałam nad koniem z pokładu Idy, dopingowałam Karuskowi, który szukał do śmierci swojej pani. Ach, nadal widzę te oczy w nią wpatrzone...
4.                  faza emocjonalna
Od tego czasu zaczęłam zaczytywać się w cudzym cierpieniu. Nie dla mnie były nastoletnie książki Montgomery czy Musierowicz. Nie lubiłam ich lekkiego tonu. Wolałam smutnawe i dobroduszne „Słoneczko” Buyno-Arctowej czy „Tajemniczy ogród” Burnetta.

5.                  faza przygodowa
Tak jak otwarcie ogrodu w „Tajemniczym ogrodzie” otworzyło drzwi do innego swiata dla dwójki młodych bohaterów, tak także we mnie coś otworzyło: zapragnęłam tajemnicy, przygody. Dzięki temu pokochałam „Tajemniczą wyspę” Verne czy „Robinsona Crusoe” Defoe. Po lekturze ostatniego zamarzyłam, by umieć np. pleść koszyki czy strzelać z łuku, bo może kiedyś będzie to dla mnie przydatne. Gdybym była dziś dzieckiem pewnie bym oglądała kanały o bushcrafcie na YT. 


Połączeniem wszystkich tych faz była dla mnie książka „Mały książę” Antoine'a de Saint-Exupéry'ego. Najlepsza z najlepszych: krótka, treściwa, przygodowa, baśniowa, ze zwierzętami, emocjonalna. Przeczytałam ją kilka razy, za każdym odkrywając coś nowego. To niesamowicie urocza powieść o małym chłopcu, który wyrusza w podróż w celu znalezienia przyjaciela. Znajduje dorosłego, który zawsze chciał być rozumiany przez dorosłych, a kiedy dorósł, to najlepszym jego kompanem okazał się przybysz z innej planety, przypominający małego chłopca. Nie na darmo uznaje się ją za klasyk literatury światowej.

Monika z Konfabula

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się swoimi przemyśleniami na temat wpisu. Dziękuję za komentarz:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...